Zapraszamy na recenzję VR-owego portu pierwszej części popularnej przed laty strzelanki Serious Sam. Gra wskazuje kierunek innym studiom tworzącym tytuły AAA i udowadnia, że stare produkcje mogą sprawiać frajdę w równym stopniu co te tworzone od początku z myślą o goglach wirtualnej rzeczywistości.

Serious Sam VR: The First Encounter wyszedł niedawno z „wczesnego dostępu” dlatego też z czystym sumieniem możemy ocenić pracę wykonaną przez chorwackie studio Croteam.

Wprowadzenie

Dla tych, którzy nie grali nigdy w oryginalną serię, kilka słów wprowadzenia. Serious Sam jest w pewnym sensie parodią klasycznych strzelanek z widokiem z perspektywy pierwszej osoby (FPS). W grze wcielamy się w „Poważnego Sama” będącego przerysowaną wersją typowego protagonisty.

Pierwsza część jego przygód (The First Encounter) rozgrywa się w przyszłości w… starożytnym Egipcie, do którego trafiamy dzięki wehikułowi czasu. W trakcie rozgrywki musimy stawić opór zamieszkującej te tereny hordzie równie przerysowanych antagonistów. Gra podzielona została na 15 etapów, których ukończenie może zająć nam w przybliżeniu około 10 godzin.

Oprawa graficzna

VR-owy port powstał na nowym silniku Serious Engine 2017, dzięki czemu oprawa graficzna została odświeżona i prezentuje się lepiej niż 16-letni pierwowzór. Nie oczekujcie jednak cudów.

Produkcja w goglach wirtualnej rzeczywistości wygląda dobrze, lecz do poziomu wydanego niedawno darmowego Robo Recall brakuje jej bardzo dużo. Może to i dobrze, ponieważ zaawansowane efekty mogłyby zabić klimat niemal pełnoletniej już produkcji. Pomimo pewnych ulepszeń tak właśnie wyobrażałem sobie po latach oprawę pierwszego „Seriousa”.

Osoby, które grały przed laty w „jedynkę” będą usatysfakcjonowane, natomiast nowi gracze również nie powinni kręcić nosem, tym bardziej, że gra działa bardzo płynnie, a także błyskawicznie ładuje nowe poziomy i zapisane stany rozgrywki.

Mechanika

Poza nowym sposobem sterowania, o czym za chwilę, Serious Sam VR: The First Encounter jest dokładnie tą samą grą, w którą grałem półtora dekady temu. Porównywałem nawet archiwalne nagrania z YouTube i zauważyłem, że prawdopodobnie przepisano kropka w kropkę wszelkie skrypty, lokacje, przedmioty czy ukryte sekrety z wersji ‚non-VR’. Ma to swoje konsekwencje.

Pamiętacie jak wyglądały pierwszoosobowe gry na przełomie XX i XXI wieku? Porozrzucane po mapach apteczki, bronie, amunicja. Mało inteligentni wrogowie zachowujący się zawsze dokładnie tak samo. Muszę przyznać, że w związku z tym wspomnienia odżyły, ale osobiście nie uważam tego wadę VR-owego Sama.

Wspomniane elementy wcale mi nie przeszkadzały, po prostu wymuszały inny sposób rozgrywki, bardziej ostrożny i przemyślany. Z drugiej strony gra nie zostawia zbyt wiele czasu na planowanie i często wrzuca nas bez zapowiedzi w wir akcji, gdzie jedyną sensowną taktyką jest zachowanie spokoju i liczenie na łut szczęścia. Na szczęście przewidziano obecnie coraz rzadziej spotykaną opcję „quick save”, więc możemy błyskawicznie zapisać stan rozgrywki przed kolejną epicką bitwą.

Z uwagi na humorystyczne podejście do tematu, możemy mieć wrażenie, że autorzy gry czasami przesadzają z ilością przeciwników jednocześnie planujących pozbawić nas życia. Niektóre fragmenty są wręcz absurdalne pod tym względem i wydają się nie do przejścia nawet na niższych poziomach trudności. Z biegiem czasu okazuje się, że jest to jednak mylne wrażenie, przynajmniej na poziomie „normal”.

Sterowanie

Mogą to być tylko moje odczucia, ale mam wrażenie, że w wersję VR grało mi się łatwiej, niż swego czasu w oryginał. Być może jest to zasługa kontrolerów ruchowych, które spełniają swoją rolę wyśmienicie i tego, że dzięki nim mogłem obsługiwać dwie bronie jednocześnie.

Wybór „pukawki” wykonujemy poprzez wciśniecie jednego z przycisków na kontrolerze. W tym momencie czas zwalnia, a nam wyświetla się odpowiedni interfejs z dostępnym asortymentem i stanem amunicji. Skala trudności tego manewru nie jest duża, dlatego też podczas walki dosyć szybko jesteśmy w stanie go wykonać.

Jeżeli chodzi o poruszanie się autorzy portu pozostawili graczom wybór. Możemy teleportować się w sposób znany z wielu innych VR-owych produkcji, jak i poruszać się skokowo za pomocą gałki analogowej. Odpowiada ona także za obracanie się o 90-stopni w obu kierunkach. Dla osób odpornych na tzw. chorobę lokomocyjną przygotowano tryb klasyczny, w którym przemieszczamy się w taki sam sposób jak w każdym innym FPS-ie. Tu może przydać się włączenie opcji „comfort mode”, która sprawia, że w momencie ruchu obraz ogranicza się jedynie do pewnego obszaru przed nami. Jako, iż znacznie pogłębia to efekt obserwowania cyfrowego świata przez lornetkę, nie przypadł mi ten „ficzer” do gustu. Najprzyjemniej grało mi się techniką „teleportacja + poruszanie skokowe”.

W „Serious Sam VR: The First Encounter” można grać zarówno w trybie room-scale jak i na siedząco. Osobiście częściej wybierałem rozgrywkę w fotelu, a to z uwagi na kabel, który w ferworze walki potrafił zaplątać się pod nogami.

PRZEGLĄD RECENZJI
Oprawa graficzna
7
Mechanika gry
7
Sterowanie
9
Poziom imersji i subiektywne wrażenie ogólne
9
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułFacebook Spaces nieoficjalnie działa już także z goglami HTC Vive
Następny artykułCyberSnake – klasyczny Snake dostosowany do możliwości okularów Hololens