„Ready Player One”, a w zasadzie „Player One”, bo pod taką nazwą najnowszy film Spielberga wszedł na ekrany polskich kin, dla mnie, zaprawionego w boju entuzjasty technologii Virtual Reality był pozycją obowiązkową. Tym bardziej, że wciąż jestem pod wrażeniem rewelacyjnej powieści o tym samym tytule autorstwa Ernesta Cline’a. Osobiście należę do grupy osób, która po przeczytaniu książki nie ma problemów z obejrzeniem ekranizacji, więc gdy dowiedziałem się, że powierzona ona została specowi od filmów wypełnionych po brzegi efektami specjalnymi byłem pewny, że potencjał tego filmu nie zostanie zmarnowany, przynajmniej jeżeli chodzi o warstwę wizualną. Moje przypuszczenia okazały się jak najbardziej słuszne.

Fabuła w zasadzie broni się sama. Wade Watts, główny bohater historii rozgrywającej się w 2045 roku na przedmieściach dużego amerykańskiego miasta jest typowym nastolatkiem próbującym odnaleźć się w realiach wielkiego kryzysu jakiego dotąd ludzkość nie znała. Wszechogarniająca bieda i głód sprawiają, że większość ludzi mieszkających w prowizorycznych „wieżowcach” zbudowanych z przyczep kempingowych poustawianych jedna na drugiej, ucieka od rzeczywistości spędzając czas w globalnym wirtualnym świecie o nazwie OASIS, symulującym wszystko czego potrzebuje pogrążone w marazmie społeczeństwo. Wade pod przydomkiem Parzival spędza w wirtualnej rzeczywistości cały wolny czas. Pewnego dnia twórca VR-owego środowiska, ekscentryczny multimiliarder James Halliday, umiera pozostawiając w spadku OASIS osobie, która odnajdzie w cyfrowym świecie skrupulatnie poukrywane tzw. ‚easter-eggi’, czyli w tym przypadku miejsca pozornie niedostępne dla gracza. Aby się do nich dostać należy rozwiązać zagadki związane z życiem Hallidaya dorastającego w czasach, w których królowało Atari i 8-bitowe gry komputerowe.

Spielberg zrobił wyłącznie tyle ile trzeba, żeby przedstawić wydarzenia dziejące się w książce w sposób atrakcyjny dla osób, które nie tylko jej nie czytały, lecz także nie są zaznajomione z najnowszymi technologiami. Tak czy inaczej, aby czerpać pełną radość z oglądania filmu znajomość gier, kinematografii, seriali, kreskówek, muzyki, komiksów oraz literatury science fiction i fantasy lat 80-tych ubiegłego wieku jest wręcz wymagana. Podobnie jak w pierwowzorze mamy tu bowiem do czynienia z masakrycznie wielką ilością odniesień do popkultury tego okresu i widać, że twórcy filmu potraktowali tę kwestię priorytetowo. Nawet Marvel nie jest w stanie zgromadzić w jednej produkcji tylu znanych postaci, które przewijają się w „Player One”.

Niemniej względem książki fabuła wydaje się znacznie spłycona. Zdaję sobie sprawę, że takie są realia i w zasadzie praktycznie każdej ekranizacji można to wytknąć, dlatego nie będę się czepiał. Warto jednak wspomnieć o różnicach pomiędzy powieścią a filmem. Są one na tyle znaczące, że powinniśmy traktować oba dzieła jako osobne historie. Jedną z nich są wspomniane wcześniej odniesienia do lat 80-tych, które w filmie zostały rozszerzone także do lat 70-tych, 90-tych, a nawet XXI wieku. To jednak niewielka zmiana w porównaniu np. do zupełnie innych wyzwań, z którymi mierzy się główny bohater w drodze do celu, a także kulisów jego relacji z Art3mis stanowiącej ważny element fabuły. Jest to zapewne spowodowane chęcią stworzenia uniwersalnej historii kierowanej nie tylko do osób dorastających pod koniec ubiegłego wieku, lecz także współczesnych nastolatków i było raczej do przewidzenia biorąc pod uwagę fakt, iż budżet filmu pochłonął 175 milionów dolarów.

Rdzeń historii pozostał bądź co bądź ten sam, ale resztę uproszczono do hollywoodzkich standardów. W związku z tym wychodząc z kina nie byłem do końca usatysfakcjonowany. Mimo wszystko film zasługuje na mocne 8/10, głównie za interesującą próbę odwzorowania świata znanego z powieści Ernesta Cline’a, a także przedstawienie całkiem realnej, jak na tego typu produkcję, wizji społeczeństwa pochłoniętego przez wirtualną rozrywkę. Dla geeków „Player One” to ‚must have’, dla pozostałych widzów emocjonująca przygoda, w której nie należy jednak doszukiwać się głębszego sensu. Jeżeli potraktujecie najnowsze dzieło Spielberga, tak jak podchodzi się do cieszących się w ostatnim czasie niesłabnącą popularnością filmów powstałych na bazie komiksu, szansa na to, że opuścicie seans zawiedzeni jest bardzo niewielka.

Zastanawia mnie jedno. Jak ten film zostanie odebrany przez środowisko ‚gamingowe’ i jakie będą tego konsekwencje dla branży Virtual Reality? Czy po jego obejrzeniu gracze zainteresują się bardziej technologią VR, a jeśli tak to jak ocenią obecną generację sprzętu? Warto bowiem zaznaczyć, że w bohaterowie „Player One”, choć nie są zamożnymi ludźmi, korzystają z urządzeń znacząco przewyższających możliwościami dostępne dziś na rynku rozwiązania, a niektóre z nich są dopiero na etapie prototypów.